|
S / Y Boko Maru aktualna pozycja: 23/10/2011 Szczecin |
|
Boko-Maru to 9,5 metrowy, stalowy jacht zbudowany w lizbońskiej stoczni wg francuskich planów łodzi Damn 30
Archiwum:
|
DO NOT BELIVE THE MAPS ( CZYLI RELACJA Z PEWNEGO REJSU PO BISKAJACH ) CZERWIEC 2011 opracował Poldek Bejnarowicz 31 maj 2011 /wtorek / I znowu , ZOSIA , TADEK, JUREK ,KUBA i JA -meldujemy się na pokładzie jachtu s/y BOKO MARU. Tym razem w LA CORUNA w Hiszpanii. W uznaniu moich wątpliwych zasług i ku mojemu zdziwieniu –zostaję mianowany kapitanem. O.K.- niech będzie. Jakoś zrobimy ten 550 milowy „przeskok” przez Biskaje. Dziś w morze nie wychodzimy ,ale nazajutrz przypominamy sobie po co się zaokrętowaliśmy. 01 czerwiec. Zwalniamy cumy. Krotki sprawdzający etap do FERROL. Po południu cumujemy do burty dużego holownika .Ciężko wyjść na wysoką keję /mamy ok.5 metrowy odpływ/. Potem okazuje się ,ze wejść jeszcze trudniej. Zosia dokonuje cudu ekwilibrystycznego. Lepiej tego nie oglądać . -potem już tylko salto z półśrubą 02 czerwiec. „Lecimy” do CEDEIRA /ok.50Mm/. Mamy dobry bajdewind . Stan morza 5 ,chwilami 6B. Nieżle nas „goni”. Póżnym wieczorem stajemy na kotwicy. Kolacja z Ballantines-em . Jurek jest szczęśliwy. 03 czerwiec. Jurek wciąż jest szczęśliwy, ale dalej woli iść pieszo. No cóż , wokół góry. Lubi je .a w czasie studiów coś tam się chodziło. Zostaje jednak przekonany , by pozostać na deku. Czym ? Nie pamiętam .Może Balantines-em?. Płyniemy dalej. / pełne ręce roboty / Nocą mijamy przylądek PUNTA ESTACA DE BARES. Około drugiej w nocy – stajemy na kotwicy w ujsciu rzeki . Przypływ „walczy” z silnym nurtem.. Obok nas- „wozi” się na łańcuchu angielski jacht s/y WHANKE. Rano postanawiamy odpocząć w marinie VIVEIRO. Jakieś zakupy ,trochę zwiedzania ,a popołudniu niewielki ,ok.30milowy ,”przeskok” do RIBADEO 05 czarwiec. Wiatr niekorzystny. Osłabł i wyostrzył. Po wyjściu stwierdzamy , że dość często musimy używać naszego Diesla. Jakoś udaje się nam jednak sukcesywnie zmniejszać długość geograficzną ,a zachowywać szerokość /płyniemy niemal dokładnie ku wschodowi/. Nocą wchodzimy do GIJON . Pewna Hiszpanka , próbuje nauczyć mnie ,jak się winno wymawiać . Bez skutku /jakies tam gardłowe HIHON/. Zwiedzanie ,zakupy. Pogoda nie rozpieszcza .Leje. W Polsce podobno do +30st.C , atu /w słonecznej Hiszpanii/ -mamy całe +14. Idżmy lepiej do tawerny. 06 czerwiec. Wychodzimy na noc . /na nocnej wahcie Zosia z Kubą/ Warunki malo sprzyjające. Będzie dość trudno zmieścić się w czasie ,by dojść do LA ROCHELLE. /bilety porezerwowane i samolot raczej nie poczeka /. Wciąż bajdewind lewgo halsu. Jesteśmy niezbyt daleko od brzegów , wiec mamy łączność. Rozmawiamy z ANIĄ /armatorką/. Dopuszcza zakończenie etapu w dowolnym ,bliższym porcie. Ale gdzież nasze ambicje. Nie odpuszczamy .Damy radę 07 czerwiec. Po ponad 26 godzinach ,”uciułaliśmy” 60mil i jesteśmy w SANTANDER. Prysznice , kilka butelek wina i jakieś regionalne ,galicyjskie ,morskie danie to właściwe zadośćuczynienie za trudy żeglugi. Jest fajnie. A nazajutrz - dalej w drogę .Cumy na deck. Około 10mil za portem ,zaczyna nas pięknie „wieżdż”. Przez chwilę mamy 9,7 wezła.Po drodze podpływa do nas GUARDA FISCALE /policja celna/ i robi szybką kontrolę. Są zupełnie O.K. Odpływają bez niepotrzebnych uwag. Do wieczora mamy za sobą już 50Mm. 08 czerwiec. Jesteśmy w BORMEO , gdzie tradycyjnie TO, TO i TO /prysznic, zwiedzanie ,zakupy/. Potem w morze bo czas niebezpiecznie ucieka ,a przed nami długie przeloty . Navtex ostrzega nas przed akwenem z ostrym strzelaniem . Lepiej ominąć nawet dokładając parę mil. Powoli zbliżamy się do SAN SEBASTIAN . Wieczorem jesteśmy w tym starym, historycz-nym miescie ,ze średniowiecznym ,malowniczym portem. Ciasno jak cholera. Tadek ,by się gdzieś zmieścić, „wywija” naszym BOCZKIEM niesamowite piruety /jest taka piosenka –„…kiedy jest deszczowe lato .”itd./ Ale jak to robi szyper potężnego kutra - tylko on wie. Prawie ociera się o głowki.Warto popałętać się po ładnym, zadbanym ,pełnym zabytków mieście /znanym z festiwali filmowych , oraz tego .że zostało obwołane Europejską stolicą kultury 2011 / . / ..I am walking in the rain – zdaje się nucić Tadek/ 10 czerwiec. Rano odpływamy. Żegnamy Hiszpanię. Następny port za ponad 100 mil , już we Francji. Skończyły się góry i głębokie ,naturalne , skaliste porty . Ląd skręca pod katem prostym ku północy . W oddali majaczą niskie , piaszczyste brzegi Francji. Znowu słaby , niekorzystny wiatr. Po trzydziestu kilku godzinach ,czujemy się nieco „wytłuczeni”. Pojawia alternatywa, czy iść kolejne 130 mil ,czy wejść do BASENU ARCACHONE. Jest druga w nocy . Mamy wysoką wodę , pozwalającą wejść . Więc? Kurs na CAP FERRET. Paskudnie. Wysoka atlantycka fala. Jak się później okazuje ,nanosi ona potężne ilości piasku. W oddali bieleją olbrzymie /stanowiące Park Natury / ,wielokilometrowe wydmy. Służby i sprzęt portowy ,na co dzień „walczą” o utrzymanie głębokości toru wodnego ,a i tak jest on czynny tylko po trzy godziny przy maximum przypływu. Potem po prostu -brakuje wody /nie licząc kałuż do poł metra /. Nam się nie udało. „Łapiemy” dno. Z raczej ponurą miną muszę wezwać SAR . Holownik zjawia się po około godzinie. Bez niego nie byłoby szans.zejscia z wrednej mielochy /zwłaszcza ,ze zaczął się odpływ/. / a tu przykład żeglowaniaa po lądzie / Sytuacja nie do pozazdroszczenia i jedno cholerne doświadczenie więcej /siwych włosów -pewnie też /. Ale zarówno nowe radio VHF-DSC ,jak i kurs operatora SRC – bez wątpienia, przydał się. Mimo to ,że francuskie służby SALVATAGE -wypadly raczej dobrze .,wciaż pamiętam slowa ich szefa JEANA B- cyt. „…here ,Pol -do not belive the maps”/ -czyli „..tu nie wierz mapom”/. -nazwaliśmy TO – Ziemią Jurka Charchaja /pierwszy postawił stopę / Sam BASIN ARCACHONE -raczej nie będzie przeze mnie polecany. Wejście za dnia jest możliwe ,przy bezwzględnym trzymaniu się prawej strony toru – z wręcz ZAKAZEM „używania ” mapy /służby nadążą przestawiać boje ,pogłębić tor , a kartograf na pewno nie opracuje nowych map /. Podobno trzy dni wstecz /tydzień max/- nie byłobyżadnych problemów ,gdyż nawigacja względem map- była poprawna. Na drogę do ostatniego portu - rada od JEANA – wychodząc -”navigate close to left” / blisko lewych boi / , a potem tylko ok. 110 mil i LA ROCHELLE. A po drodze – obfite połowy makreli i jakiejś zbłąkanej belony . Potem statek kontroli celnej i …. ..wyjątkowo skrupulatne „trzepanie” . Powód .-jacht był w Maroko . Po uszy uzbrojony oficer, dokładnie sprawdza dokumenty , udaje ,że czyta Dziennik Jachtowy /powodzenia - na pewno zna polski / , w przerwach obmacuje brudne ,wilgotne ciuchy ,gacie, wącha kanistry po paliwie i zagląda w każdą zauważoną dziurę. Woda z zęzy -raczej mu nie smakowała. / po wizycie celników / 14 czerwiec. Około północy ,cumujemy w nowoczesnej marinie w LA ROCHELLE. Do odlotu zostało nam raptem kilka godzin. Samolot chyba by nie czekał. No, ale – ZDĄ-ŻY-LIŚ-MY!!
/…nie był to raczej banalny rejs./ Nieco danych: -przepłynęlismy –556 Mm. -sprawdzilismy sprawność francuskich służb ratowniczych i celnych -nie daliśmy się „zrobić” gwiazdami filmowymi /z akcji ratowniczej TV kręciła dwu dniowy reportaż ,były wiec wywiady ,flesze ,kamery i te rzeczy/ -zakończylismy szczęśliwie dość trudny etap -zebralismy nieco nowych doświadczeń /np. „DO NOT BELIVE THE MAPS”/ -jeszcze bardziej skonsolidowaliśmy załogę
Z ŻEGLARSKIM POZDROWIENIEM - załoga s/y BOKO MARU /etap La Coruna- La Rochelle/
- K O N I E C -
|
|
|