Strona główna       Kontakt:  ania.jakobczak@gmail.com, tel. kom. 503180824 lub 504183137

                                      S / Y Boko Maru    aktualna pozycja: 23/10/2011 Szczecin  

                                            

Boko-Maru to 9,5 metrowy, stalowy jacht zbudowany w lizbońskiej stoczni  wg francuskich planów łodzi Damn 30   

Archiwum:

 

 

 

 

      

 

 

 

 

 

Etap 2 LIZBONA - LAGOS 12-06-2010  do 28-06-2010 Płyniemy dalej - etap 3>

…J A K    Ż E G L A R Z E     Z N A D    B A Ł T Y K U   ,  

S  M A K O W A L I      A T L A N T Y K U

/    Relacja z rejsu w Portugalii i Hiszpanii /

czerwiec 2010

autor – Leopold Bejnarowicz

Zosia    Tadek    Tomek    Maciek   I ja Poldek :-)

13,06 /niedziela , g.02,30 /

…uff ! -  samochodem, samolotami , autobusem,  dwoma liniami metra, retro –tramwajem ,pieszo  ( z cieżkimi bagażami )  -  w końcu dotarliśmy do DOCA DE ALCANTARA (czyli naszej mariny w LIZBONIE). W gąszczu jednostek  szybko odnajdujemy s/y BOKO MARU.

  Lizbona  i nasz stalowy dom

Jacht znamy, płynęliśmy nim do Norwegii – dwa lata wstecz. To dobra, sprawdzona jednostka. Dla  Zosi , Tadeusza , Tomka , Maćka i mnie /Poldka/ będzie domem na dwa tygodnie. No, to niespodzianka – po  puszce żubra  / z trudem przytaszczonego z Polski /  na dobry początek.

 /g.10,00 –czasu lokalnego/  Toaleta i porządne śniadanko – daje energię na nowy dzień. Wszystko fajnie, tylko Macka worek wciąż gdzieś lata pomiędzy Paryżem /gdzie był ostatnio widziany/ Lizboną , lub diabli wiedzą gdzie / może Sydney, czy Tokio /. Goły nasz kolega wprawdzie nie jest - ma gacie, dokumenty, nawet  parę euro  - ale szkoda  jednak skrzętnie zabezpieczonych w  bagażu  kilku słoików z karkóweczką , oraz paru butelek. Mamy trochę prac na pokładzie. Bunkrujemy wodę, ładujemy akumulatory, montujemy nowy sztag. Potem –czas na zwiedzanie . Nad nami , niemal , „wisi” słynny most  przy ujściu do Atlantyku rzeki Tag. Wielka, dwupoziomowa  konstrukcja – robi wrażenie. Coraz  większy upał , ale w Polsce, ostatnie dni  nas powoli do tego przyzwyczajały. Wieczorem i nocą robi się super. Sangria i Porto  / jeśli wierzyć legendom  wynalezione przez  przypadek , wiezione przez żeglarzy, zmieszane  kwaśniejące wino  z  rumem / ,oraz  sącząca się nostalgiczna muzyka fado – skłania nas do błąkania się po Lizbonie daleko , poza  północ.

14,06/poniedziałek/

Maćka bagażu wciąż nie ma . Z wiarą , że Air France  go jednak odnajdzie, ponownie  zadeptujemy miasto, robimy fotki , jeździmy tramwajem retro  /zawsze prowadzonym przez czarnoskórego drivera/. Zwiedzamy zabytki , podziwiamy dobrze utrzymane parki z kwitnącymi o tej porze roku hibiskusami i wieloma nie znanymi nam roślinami / o jej jakie-e-e-e   drzewa – fikusy, znane nam z wersji doniczkowej /.

to fikus –ale raczej nie doniczkowy

 

 

 

Degustujemy wina. Około osiemnastej dociera Macka worek . Trochę sfatygowany , ale zawartość  / w tym szklana /  cała . No to   … załoga -do obiadu. Potem – tawerny , fado , monument klasztoru Hieronimów , pomnik odkrywców  /rzeźbiony przez mojego imiennika /, słynna wieża u wyjścia z portu.  To z tych miejsc , ponad 500 lat temu , ówczesny król Portugalii Henryk Żeglarz wiódł ,słynnych nawigatorów /jak na pomniku/ – Magellana , Vasco da Gamę , Cabral-a , Dias-a  i innych – ku nowym ziemiom . I  w ten sposób niewielki kraj  stał się na długo zarządcą  największych na świecie kolonii.

  Z wpływów z kolonii budowano takie cacka -brama Klasztoru Hieronimów

Nieopodal  koronkowego  wręcz  frontonu wspomnianego klasztoru , w płycie chodnika, podpisy sygnatariuszy Traktatu Lizbońskiego / w  tym naszego premiera Donalda Tuska/.

W marmurowej płycie chodnika – podpis naszego Premiera     Król Henryk Żeglarz prowadzi wielkich odkrywców ku…?     …a jest to dzieło dłuta mojego imienia

To historia. A obok –  marina setki jachtów i życie miasta.

15,06 /wtorek/ .  Po śniadaniu – przygotowanie do wyjścia . Czas na morze. Gdzieś pomiędzy wysoką , a niską woda  / pływy  do czterech metrów / zwalniamy  cumy.

Za nami Lizbona, przed Atlantyk

Atlantyk wita nas długą , dość wysoką , ale bezpieczną falą. Gonimy do SESIMBRA  / tu setki lat temu  Portugalczycy założyli pierwszą Akademię Morską /. Kiedyś strategiczne miasto, dziś niezbyt odległy od stolicy-kurort. Ładna marina, miła obsługa , zachęcająca do skorzystania , szeroka atlantycka plaża. Oczywiście  nie obywa się bez kąpieli. Wieczorem  mecz Brazylia – Korea w tawernie. Kibice Brazylii / których tu dużo , gdyż to sąsiad z drugiej strony Atlantyku i była kolonia/ niemal szaleją . Nie wiem czemu , ale też wolimy ich  / te skośne oczka z północy półwyspu Koreańskiego nie przekonują nas /. Nie do końca wierzymy w skuteczność ich polityki  / oczywiście sportowej /.

o Portugalia ,a nie Meksyk

Noc. Nad miastem góruje twierdza Maurów , wyżej muzułmański symbol – prawdziwy księżyc i gwiazdy. Dla porządku , po przepędzeniu niechcianych gości, Portugalczycy  wewnątrz szarych , mauretańskich murów wybudowali bieluteńki kościółek. Obok bezkres oceanu. Ładnie, ale trzeba spać. Jutro do SINES  /miasta z którego pochodził Vasco da Gama/.

16,06/środa/

Wychodzimy. Cumy na deck. Od kilku godzin Navtex drukuje ostrzeżenie o ćwiczeniach ze strzelaniem prowadzonych przez siły morskie. Trzeba  to  ominąć w bezpiecznej odległości. Po  dziewięciu godzinach żeglugi, jesteśmy jesteśmy w porcie da Gamy. Po sprawnie i profesjonalnie /choć skrupulatnie/ wykonanej odprawie w biurze mariny, możemy wyruszyć w miasto. Tu wszystko poświęcone temu wielkiemu żeglarzowi. Bulwar, plaża, zamek z pomnikiem patrzącego w ocean Vasco / wciąż wypatruje drogi do Indii ? /, hotele, pensjonaty i nie wiem co jeszcze.

Załoga przy pomniku Vasco da Gamy w Sines

17,06 /czwartek/

Wychodzimy po południu. Trzeba było naprawić alternator /..brawa dla inz.Tomka /, zamontować ręczny mechanizm rozruchu Diesla /..brawa dla inż.Tadka i inz.Mnie /, naprawić kabel /..brawa dla elektronika Macka/, i w końcu, po skończonej pracy, coś dobrego zjeść i coś wypić /..brawa dla inż. Zosi/.

 cook Zosia podaje kanapki ze słynną szynką  parmeńską

  Znowu niesie nas po Atlantyku  rześki ale bezpieczny, północno-wschodni wiatr. Fala typowa, długa nie męcząca. Dzielimy się na dwie nocne, 5-godzinne wachty. Losujemy - Tadek z Tomkiem 19,00do 02,00 ,  Ja z Maćkiem  02,00 do 07,00. Ze spania więc nici . Na dodatek wiatr zaczyna tężeć, a ciemna noc na tych  szerokościach  / trzydziestki / jest już wyjątkowo długa. Nic tylko po lampce brandy z  zapasów i do roboty / przecież mamy urlopy/. Cel-LAGOS. Noc ciepła , rozkołysana ,ciemna . Gonimy na maxa, momentami osiągając 9 węzłów . Szybciej dla takich jachtów - już niebezpiecznie. W oddali pobłyskują światła mijanych miast. Zbliżamy się do najbardziej na zachód wysuniętego skrawka Europy  - przylądka św. Wincentego , który  nasza armatorka Ania, nazywa  Przylądkiem Ciepłych Gaci. Za nim półwysep Iberyjski ,”łamie” się pod kątem prostym na  wschód  i zaczyna się ciepłe, słoneczne i bardzo wietrzne  wybrzeże  nazwane przez Arabów  ALGARVE  - co w ich języku znaczy –„zachodni kraniec „   /bo przecież nic nie wiedzieli o Ameryce po drugiej stronie  Atlantyku /

zachodni kraniec Europy –przyl.św.Vincentego

18.06 /piątek /

O trzeciej w nocy, na wysokiej fali, udaje mi się ugotować „po kawie” , ale mimo to - czas biegnie zbyt wolno. Ciemno, nie zimno i do domu , lądu daleko. Każde wyjście do żagli –tylko w kamizelce i w asekuracji. No, ale godzina po godzinie i powoli zaczyna świtać. Popołudnie już w LAGOS. Marina w centrum miasta. Zaczyna się weekend. Pełno Brytyjczyków. Wieczorem  dyskoteki, w których – „wszystko dla Wyspiarzy” /  pobliskie lotnisko, zapewnia szybkie, bezpośrednie połączenia /. No  cóż - atmosfera mało portugalska. Wszystko - pod turystę /głównie angielskiego /. Maciej się dostosowuje, i w nocnej knajpce  /po kilku piwach/ - z zaangażowaniem uczy ich nowych /sobie tylko znanych /,  kroków tanecznych. Dość trudno go odciągnąć.

19,06 /sobota/

Planowaliśmy wstać bardzo rano. Najbardziej o to zabiegał Maciej, lecz mamy po ósmej, a pomysłodawca –śpi dalej. Ach-te dyskoteki . Nie śpi natomiast, silny  północny wiatr i słońce, które operuje coraz bardziej. Decyzja- płyniemy do Hiszpanii. Przez UKF proszę o otwarcie mostu  oddzielającego marinę od wyjścia z portu i – na morze. Do KADYKSU. Niesie nas szybki bagsztag .Stawiamy spinakera. Ma piękne ,czerwono-zółto-czarne  barwy / trochę portugalskie, trochę hiszpańskie / – wspaniale lśniące w słońcu na tle niebieskiego nieba i turkusowej wody. 

lśni w słońcu i wspaniale „ciągnie”

20,06 /niedziela/

W nocy wielogodzinne sztile. Głupio tak bujać się przy rozgwieżdżonym niebie na  fali ,zupełnie bez wiatru.  Od czasu do czasu włączamy motor. Rano powietrze nieco drgnęło ,rysują  się  tez  zarysy hiszpańskich brzegów. Zatoka Kadyksu, powoli odsłania się . Z czasem można odróżnić wyższe budynki, dźwigi portowe, wieże. W almanachu czytam, ze do wyboru jest kilka marin. Wybieramy najbliżej wejścia do portu , o nazwie AMERICA. Płynąc kursem „na ląd ”- zaczynają towarzyszyć nam stadka delfinów. Oczywiście jest sesja zdjęciowo –filmowa . To bardzo miłe i towarzyskie zwierzęta. Wprowadzają ożywienie w niedospanej i zmęczonej już nieco załodze. Wchodzimy na tor podejściowy do portu, i po około godzinie cumujemy do kei  Visitors /czyli gości/  ,gdzie robimy odprawę jachtu i załogi, dostajemy przydział miejsca ,karty do furt mariny i pomieszczeń socjalnych /.Na prysznice „rzucamy” się natychmiast . Potem obiad i do miasta. Po chleb, masło, cebulę, pomidory i oczywiście –cerveza /  piwo /. Zweryfikujemy  tez oczywiście – tezę  o słynnych  andaluzyjskich , hiszpańskich dziewczynach. Cumujemy w strategicznym wręcz  miejscu - nieopodal słynnego Bastionu św.Sebastiana  który przed wiekami skutecznie bronił wejścia do portu ,a dziś z jego murów  korzystają wędkarze ,turyści ,restauratorzy i przechodnie spacerujący po skwerze, na którego końcu umieszczono /jak w wielu innych portowych miastach /  - jakże wymowny pomnik kobiety patrzącej w morze. Być może, to właśnie ta „..hiszpańska dziewczyna „- ze znanej szanty. Wierna  jest, bo wciąż czeka.

…a może  to ta hiszpańska  dziewczyna  ,wciąż wypatrująca swojego żeglarza

21,06 /poniedziałek/

Rano, trochę pracy na pokładzie /wjazd na maszt po fał  spinakera , tankowanie paliwa i inne drobiazgi /. Potem, czas powiedzieć, jak w przytoczonej pieśni żeglarskiej – „..żegnajcie nam dziś- hiszpańskie dziewczyny”. Może uda się aż do Gibraltaru, lub Ceuty ? Navtex drukuje stan morza 3-4 , w porywach 5 st.B, niż przesuwający się z kierunku Azorów i Wysp Kanaryjskich, na wschód . Powinno być bezpiecznie. Po kilku godzinach ,już leżymy na lewej burcie i bajdewindem prawego halsu , „tniemy” kursem 135 st. W radio UKF –tylko hiszpański. Nie rozumiemy nic. Za to Tomek ,zafundował nam z CD –nieustające „.. morze, nasze morze , wiernie będziem…”. Na dodatek – na marszowo. Do znudzenia, bo sprzęt się zaciął. Przed wieczorem mijamy Trafalgar. Tu  w październiku 1805 roku, admirał Nelson, odniósł historyczne zwycięstwo nad sprzymierzoną flotą francusko-hiszpańską. Sam jednakże został śmiertelnie postrzelony. Po zmianie kursu -płyniemy dalej .Noc na morzu ?. Lubię , ale nie.  Omijamy morskie farmy tuńczyków  /zamknięte dla żeglugi /. Decyzja – port  BARBATE.

 22,06 / wtorek /

 Miły poranek. Miasto. Port. Odświeżenie zapasów  /choć zostało jeszcze kilka słoikow słynnej Maćkowej karkówki /. I cóż, powoli doliczamy się, że  –by  wrócić na  czas do Portugalii / zgodnie z planem -w okolice Lagos / -trzeba zdecydować się na powrót. Samolot raczej nie poczeka ,a czas odlotu –jednoznaczny. Wlot do cieśniny Gibraltar – spowity mgłą. Gdzieś pomiędzy skałami  Afryki i Europy ,  stoimy w zupełnej flaucie. Bądż co  bądź, na Atlantyku , trochę to nas  zaskoczyło. Do tego ten rozkołys. Czas  na  motor.  Suniemy- słuchając naszego Diesla. Po drodze, jakiś żółw  morski, któremu pewnie za mokro i za gorąco, pławi się na wznak, kołysząc na  niewielkiej fali. A może się opala? Wieczorem  jesteśmy jesteśmy CHIPIONA. Miła hiszpanka, szybko dokonuje rutynowej  odprawy i po chwili żegna nas słowami „..see you tomorrow”.

23,06 / środa /.

A tomorrow . Jak zawsze – spacery, zakupy, pamiątki. Tadeusz  gubi swój portfel, który znajduje i oddaje jakis uczciwy Hiszpan  /poznał go po zdjęciu w dowodzie /. Od teraz Tadek deklaruje kibicowanie w kolejnych meczach tylko  Hiszpanii. Czas pokazał ,że skutecznie. No i komu ten kraj zawdzięcza zwycięztwo?. Więc? –po zimnym piwku.  A potem –wypływamy.

no to – po kuflu zimnego ,andaluzyjskiego piwa

 Wieczorem, o zmroku, u wejścia do portu MAZAGON –dopadają nas ”ludzie foki”. Okrąża nas jakaś nieoświetlona jednostka, nieco odchodzi , potem zrzuca ponton, i po chwili trzy uzbrojone po zęby ,ubrane na czarno  postacie / antyterroryści? / - mamy na pokładzie. Błyskają latarkami, coś mówią  przez UKF /po hiszpańsku/. Ponton z dwoma –wciąż  kraży wokół jachtu, z portu wyholowywany jest wielki tankowiec. „Ryczy” na nas.  Jeden „czarny”–zahacza się spluwą o zejściówkę .Sza-moce się. Trzeba  palić motor ,zrzucać żagle ,wypatrywać mariny   – a tu , jaja – jaja jak na weselu  pod  Kielcami. Potem sytuacja się normuje – kontrola dokumentów jachtu, załogi, protokół, krótka rozmowa /jeden nawet był w Gdańsku/ -i jak szybko się pojawili  –  tak szybko odpłynęli.

 24,06 /czwartek /.

Wypoczęci po wrażeniach ostatniego wieczoru , wyspani–znowu „kundlimy” się po mieście. Gdzieś  na ulicy ratujemy życie jakiemuś kameleonowi. Przechodził przez jezdnię poza pasami , czyli w miejscu niedozwolonym, a na dodatek - nie zmienił  barw  i dał się zauważyć . Mandatu nie przyjął. Za karę  / bez pytania o zgodę / - został obfotografowany, potem  przepędzony. Robimy zakupy w markecie, gdyż złapanych wczoraj sardynek – nie da się bez reszty podzielić przez  pięć. Pijemy TINTO  / red and white /, około południa wychodzimy. Znowu Diesel. Upał jak cholera. Dziwny dźwięk, a  potem awaria sprzęgła. Naprawa w ciasnej komorze silnika i 40 stopniowym skwarze. W końcu po zużyciu : 3 godzin pracy, 1 szt śruby M8/70, trochę  nerwów i jednej szklanki wina – awarię usunięto. Znowu płyniemy na dieslu. Wieczorem Nawtex przysyła  ostrzeżenie o sztormie do 7 stopni. Niby niewiele, ale po co kusić los, gdy niedaleko kilka pewnie ciekawych portów. Wybieramy AYAMONTE  w  ujściu rzeki Guadiana  / granica Hiszpanii i Portugalii/. Znowu  „załapujemy się na tym razem ustną kontrolę COAST GUARD. Formalność, ale mamy farta. Około północy, stajemy na kotwicy. Po jednej stronie kusi światłami AYAMONTE  a po drugiej portugalskie SANTO ANTONIO. Obok  jacyś Skandynawowie, jak my – wożą się wokół  kotwicy na swoich łańcuchach.. Porty  wewnątrz rzek może ładne, ale z bardzo  zmienną głębokością ,od 1,5-do 6 m .To sprawa pływów ,więc lepiej być ostożnym i  rozważać czas wejścia  i opuszczenia portu. Niezależnie, w miejscach zlewania się wód rzeki z przybojem fali Atlantyciej –tworzą się swoiste bariery /wały wód i prądy /, które niełatwo pokonać przy użyciu silnika o przeciętnej mocy.

25,06/piątek/

Rano z wysoką wodą odpływu /ułatwia wyjście /- uciekamy z  rzeki   Guadiana. Znów bujamy się na fali, łapiemy sardynki, opalamy się /choć skora już „trzeszczy”/. W pobliżu Faro /stolicy regionu/ -„wyłuskujemy „ port OLHAO, również położony w korycie rzeki ,a dodatkowo na niskim zalewowym terenie, który raz jest przez odpływ odsłaniany, a za 6 godzin zupełnie zalewany. Płynąc /gdyby nie wyznaczony bojami farwater/ -zupełnie nie wiadomo , czy jesteś w korycie rzeki, czy w lądzie /albo czymś - co za kilka godzin, będzie lądem/. Lepiej być ostrożnym, o czym przypominają co jakiś czas wraki , bądź przystosowane do sztandrowania jednostki. I tak około 6 mil morskich.

przestroga dla tych ,którzy nie uwzględniają pływów- …zabrakło wody?

 Na miejscu, okazuje się, że marina jest prywatna i nie przyjmuje żadnych jachtów. Dzięki uprzejmości poznanego instruktora żeglarstwa z grupy „LERN 2 SAIL” - warunkowo , możemy zostać , z zastrzeżeniem – „..o ile nie przyjdzie jednostka ze szkoleń „ .Wówczas  nawet w środku nocy –musimy odpływać. Zgoda.

26,06/sobota/

Warto było zajrzeć do tego ciekawego portu. Noc przebiegła spokojnie. Z miasteczkiem o charakterze przeważnie –rybackim   / z tymi zapachami, porannym gwarem portowym, targiem rybnym /-wiąże się ciekawa historia. Kiedy w czasie podbojów napoleońskich – król Portugalii, musiał skryć się w Brazylii i potem, gdy Napoleon został pobity pod Waterloo – grupa  rybaków  z OLHAO przepłynęła Atlantyk bez przyrządów nawigacyjnych i map , by móc obwieścić upadek dyktatora. W zamian miejscowość dostała prawa miejskie. No ,ale nieubłaganie zbliża się czas zakończenia naszej wędrówki Trzeba gdzieś bezpiecznie pozostawić jacht .Za tydzień popłynie Rafał. Wybieramy ALBUFERIA.  Z Olhao, to tylko krótki kilkudziesięciu-milowy skok. Musimy jeszcze zainteresować się zorganizowaniem drogi powrotnej.

to nie jest pociąg do Warszawy/

Więc odpływamy , a po południu jesteśmy w tej nowoczesnej, kolorowo-landrynkowej  marinie. Jak wszędzie – perfekcyjnie wykonana odprawa. Miło, uprzejmie, profesjonalnie. Wszystko  jest do załatwienia. Po prostu –NO PROBLEM- jak mowi sympatyczna dziewczyna z obsługi. Do tego piękny, słoneczny dzień. Tadek jednak nie zgadza się z barmanką z pobliskiej tawerny, gdy Ona twierdzi, że jest to – cyt. ”..last  day In Paradise”. Przecież jest wciąż tak wiele miejsc do odwiedzenia . Bez wątpienia - coś wymyślimy.

pożegnalne zdjęcie załogi     

 Statystyka :

Przeplynęliśmy    -    429 Mm

na zaglach  -   93 h,

na silniku   -   31 h

postoju w portach  - 212 h     

Z żeglarskim : A HOJ !        

                                                                                                                            

    

       

                         

    

                

                     

                    

 

                      .