|
S / Y Boko Maru aktualna pozycja: 23/10/2011 Szczecin |
|
Boko-Maru to 9,5 metrowy, stalowy jacht zbudowany w lizbońskiej stoczni wg francuskich planów łodzi Damn 30
Archiwum:
|
Etap 2 LIZBONA - LAGOS 12-06-2010 do
28-06-2010 …J A K Ż E G L A R Z E Z N A D B A Ł T Y K U , S M A K O W A L I A T L A N T Y K U / Relacja z rejsu w Portugalii i Hiszpanii / czerwiec 2010 autor – Leopold Bejnarowicz 13,06 /niedziela , g.02,30 / …uff ! - samochodem, samolotami , autobusem, dwoma liniami metra, retro –tramwajem ,pieszo ( z cieżkimi bagażami ) - w końcu dotarliśmy do DOCA DE ALCANTARA (czyli naszej mariny w LIZBONIE). W gąszczu jednostek szybko odnajdujemy s/y BOKO MARU. Jacht znamy, płynęliśmy nim do Norwegii – dwa lata wstecz. To dobra, sprawdzona jednostka. Dla Zosi , Tadeusza , Tomka , Maćka i mnie /Poldka/ będzie domem na dwa tygodnie. No, to niespodzianka – po puszce żubra / z trudem przytaszczonego z Polski / na dobry początek. /g.10,00 –czasu lokalnego/ Toaleta i porządne śniadanko – daje energię na nowy dzień. Wszystko fajnie, tylko Macka worek wciąż gdzieś lata pomiędzy Paryżem /gdzie był ostatnio widziany/ Lizboną , lub diabli wiedzą gdzie / może Sydney, czy Tokio /. Goły nasz kolega wprawdzie nie jest - ma gacie, dokumenty, nawet parę euro - ale szkoda jednak skrzętnie zabezpieczonych w bagażu kilku słoików z karkóweczką , oraz paru butelek. Mamy trochę prac na pokładzie. Bunkrujemy wodę, ładujemy akumulatory, montujemy nowy sztag. Potem –czas na zwiedzanie . Nad nami , niemal , „wisi” słynny most przy ujściu do Atlantyku rzeki Tag. Wielka, dwupoziomowa konstrukcja – robi wrażenie. Coraz większy upał , ale w Polsce, ostatnie dni nas powoli do tego przyzwyczajały. Wieczorem i nocą robi się super. Sangria i Porto / jeśli wierzyć legendom wynalezione przez przypadek , wiezione przez żeglarzy, zmieszane kwaśniejące wino z rumem / ,oraz sącząca się nostalgiczna muzyka fado – skłania nas do błąkania się po Lizbonie daleko , poza północ. 14,06/poniedziałek/ Maćka bagażu wciąż nie ma . Z wiarą , że Air France go jednak odnajdzie, ponownie zadeptujemy miasto, robimy fotki , jeździmy tramwajem retro /zawsze prowadzonym przez czarnoskórego drivera/. Zwiedzamy zabytki , podziwiamy dobrze utrzymane parki z kwitnącymi o tej porze roku hibiskusami i wieloma nie znanymi nam roślinami / o jej jakie-e-e-e drzewa – fikusy, znane nam z wersji doniczkowej /.
Degustujemy wina. Około osiemnastej dociera Macka worek . Trochę sfatygowany , ale zawartość / w tym szklana / cała . No to … załoga -do obiadu. Potem – tawerny , fado , monument klasztoru Hieronimów , pomnik odkrywców /rzeźbiony przez mojego imiennika /, słynna wieża u wyjścia z portu. To z tych miejsc , ponad 500 lat temu , ówczesny król Portugalii Henryk Żeglarz wiódł ,słynnych nawigatorów /jak na pomniku/ – Magellana , Vasco da Gamę , Cabral-a , Dias-a i innych – ku nowym ziemiom . I w ten sposób niewielki kraj stał się na długo zarządcą największych na świecie kolonii. Nieopodal koronkowego wręcz frontonu wspomnianego klasztoru , w płycie chodnika, podpisy sygnatariuszy Traktatu Lizbońskiego / w tym naszego premiera Donalda Tuska/. To historia. A obok – marina setki jachtów i życie miasta. 15,06 /wtorek/ . Po śniadaniu – przygotowanie do wyjścia . Czas na morze. Gdzieś pomiędzy wysoką , a niską woda / pływy do czterech metrów / zwalniamy cumy. Atlantyk wita nas długą , dość wysoką , ale bezpieczną falą. Gonimy do SESIMBRA / tu setki lat temu Portugalczycy założyli pierwszą Akademię Morską /. Kiedyś strategiczne miasto, dziś niezbyt odległy od stolicy-kurort. Ładna marina, miła obsługa , zachęcająca do skorzystania , szeroka atlantycka plaża. Oczywiście nie obywa się bez kąpieli. Wieczorem mecz Brazylia – Korea w tawernie. Kibice Brazylii / których tu dużo , gdyż to sąsiad z drugiej strony Atlantyku i była kolonia/ niemal szaleją . Nie wiem czemu , ale też wolimy ich / te skośne oczka z północy półwyspu Koreańskiego nie przekonują nas /. Nie do końca wierzymy w skuteczność ich polityki / oczywiście sportowej /. Noc. Nad miastem góruje twierdza Maurów , wyżej muzułmański symbol – prawdziwy księżyc i gwiazdy. Dla porządku , po przepędzeniu niechcianych gości, Portugalczycy wewnątrz szarych , mauretańskich murów wybudowali bieluteńki kościółek. Obok bezkres oceanu. Ładnie, ale trzeba spać. Jutro do SINES /miasta z którego pochodził Vasco da Gama/. 16,06/środa/ Wychodzimy. Cumy na deck. Od kilku godzin Navtex drukuje ostrzeżenie o ćwiczeniach ze strzelaniem prowadzonych przez siły morskie. Trzeba to ominąć w bezpiecznej odległości. Po dziewięciu godzinach żeglugi, jesteśmy jesteśmy w porcie da Gamy. Po sprawnie i profesjonalnie /choć skrupulatnie/ wykonanej odprawie w biurze mariny, możemy wyruszyć w miasto. Tu wszystko poświęcone temu wielkiemu żeglarzowi. Bulwar, plaża, zamek z pomnikiem patrzącego w ocean Vasco / wciąż wypatruje drogi do Indii ? /, hotele, pensjonaty i nie wiem co jeszcze. 17,06 /czwartek/ Wychodzimy po południu. Trzeba było naprawić alternator /..brawa dla inz.Tomka /, zamontować ręczny mechanizm rozruchu Diesla /..brawa dla inż.Tadka i inz.Mnie /, naprawić kabel /..brawa dla elektronika Macka/, i w końcu, po skończonej pracy, coś dobrego zjeść i coś wypić /..brawa dla inż. Zosi/. Znowu niesie nas po Atlantyku rześki ale bezpieczny, północno-wschodni wiatr. Fala typowa, długa nie męcząca. Dzielimy się na dwie nocne, 5-godzinne wachty. Losujemy - Tadek z Tomkiem 19,00do 02,00 , Ja z Maćkiem 02,00 do 07,00. Ze spania więc nici . Na dodatek wiatr zaczyna tężeć, a ciemna noc na tych szerokościach / trzydziestki / jest już wyjątkowo długa. Nic tylko po lampce brandy z zapasów i do roboty / przecież mamy urlopy/. Cel-LAGOS. Noc ciepła , rozkołysana ,ciemna . Gonimy na maxa, momentami osiągając 9 węzłów . Szybciej dla takich jachtów - już niebezpiecznie. W oddali pobłyskują światła mijanych miast. Zbliżamy się do najbardziej na zachód wysuniętego skrawka Europy - przylądka św. Wincentego , który nasza armatorka Ania, nazywa Przylądkiem Ciepłych Gaci. Za nim półwysep Iberyjski ,”łamie” się pod kątem prostym na wschód i zaczyna się ciepłe, słoneczne i bardzo wietrzne wybrzeże nazwane przez Arabów ALGARVE - co w ich języku znaczy –„zachodni kraniec „ /bo przecież nic nie wiedzieli o Ameryce po drugiej stronie Atlantyku / 18.06 /piątek / O trzeciej w nocy, na wysokiej fali, udaje mi się ugotować „po kawie” , ale mimo to - czas biegnie zbyt wolno. Ciemno, nie zimno i do domu , lądu daleko. Każde wyjście do żagli –tylko w kamizelce i w asekuracji. No, ale godzina po godzinie i powoli zaczyna świtać. Popołudnie już w LAGOS. Marina w centrum miasta. Zaczyna się weekend. Pełno Brytyjczyków. Wieczorem dyskoteki, w których – „wszystko dla Wyspiarzy” / pobliskie lotnisko, zapewnia szybkie, bezpośrednie połączenia /. No cóż - atmosfera mało portugalska. Wszystko - pod turystę /głównie angielskiego /. Maciej się dostosowuje, i w nocnej knajpce /po kilku piwach/ - z zaangażowaniem uczy ich nowych /sobie tylko znanych /, kroków tanecznych. Dość trudno go odciągnąć. 19,06 /sobota/ Planowaliśmy wstać bardzo rano. Najbardziej o to zabiegał Maciej, lecz mamy po ósmej, a pomysłodawca –śpi dalej. Ach-te dyskoteki . Nie śpi natomiast, silny północny wiatr i słońce, które operuje coraz bardziej. Decyzja- płyniemy do Hiszpanii. Przez UKF proszę o otwarcie mostu oddzielającego marinę od wyjścia z portu i – na morze. Do KADYKSU. Niesie nas szybki bagsztag .Stawiamy spinakera. Ma piękne ,czerwono-zółto-czarne barwy / trochę portugalskie, trochę hiszpańskie / – wspaniale lśniące w słońcu na tle niebieskiego nieba i turkusowej wody. 20,06 /niedziela/ W nocy wielogodzinne sztile. Głupio tak bujać się przy rozgwieżdżonym niebie na fali ,zupełnie bez wiatru. Od czasu do czasu włączamy motor. Rano powietrze nieco drgnęło ,rysują się tez zarysy hiszpańskich brzegów. Zatoka Kadyksu, powoli odsłania się . Z czasem można odróżnić wyższe budynki, dźwigi portowe, wieże. W almanachu czytam, ze do wyboru jest kilka marin. Wybieramy najbliżej wejścia do portu , o nazwie AMERICA. Płynąc kursem „na ląd ”- zaczynają towarzyszyć nam stadka delfinów. Oczywiście jest sesja zdjęciowo –filmowa . To bardzo miłe i towarzyskie zwierzęta. Wprowadzają ożywienie w niedospanej i zmęczonej już nieco załodze. Wchodzimy na tor podejściowy do portu, i po około godzinie cumujemy do kei Visitors /czyli gości/ ,gdzie robimy odprawę jachtu i załogi, dostajemy przydział miejsca ,karty do furt mariny i pomieszczeń socjalnych /.Na prysznice „rzucamy” się natychmiast . Potem obiad i do miasta. Po chleb, masło, cebulę, pomidory i oczywiście –cerveza / piwo /. Zweryfikujemy tez oczywiście – tezę o słynnych andaluzyjskich , hiszpańskich dziewczynach. Cumujemy w strategicznym wręcz miejscu - nieopodal słynnego Bastionu św.Sebastiana który przed wiekami skutecznie bronił wejścia do portu ,a dziś z jego murów korzystają wędkarze ,turyści ,restauratorzy i przechodnie spacerujący po skwerze, na którego końcu umieszczono /jak w wielu innych portowych miastach / - jakże wymowny pomnik kobiety patrzącej w morze. Być może, to właśnie ta „..hiszpańska dziewczyna „- ze znanej szanty. Wierna jest, bo wciąż czeka. 21,06 /poniedziałek/ Rano, trochę pracy na pokładzie /wjazd na maszt po fał spinakera , tankowanie paliwa i inne drobiazgi /. Potem, czas powiedzieć, jak w przytoczonej pieśni żeglarskiej – „..żegnajcie nam dziś- hiszpańskie dziewczyny”. Może uda się aż do Gibraltaru, lub Ceuty ? Navtex drukuje stan morza 3-4 , w porywach 5 st.B, niż przesuwający się z kierunku Azorów i Wysp Kanaryjskich, na wschód . Powinno być bezpiecznie. Po kilku godzinach ,już leżymy na lewej burcie i bajdewindem prawego halsu , „tniemy” kursem 135 st. W radio UKF –tylko hiszpański. Nie rozumiemy nic. Za to Tomek ,zafundował nam z CD –nieustające „.. morze, nasze morze , wiernie będziem…”. Na dodatek – na marszowo. Do znudzenia, bo sprzęt się zaciął. Przed wieczorem mijamy Trafalgar. Tu w październiku 1805 roku, admirał Nelson, odniósł historyczne zwycięstwo nad sprzymierzoną flotą francusko-hiszpańską. Sam jednakże został śmiertelnie postrzelony. Po zmianie kursu -płyniemy dalej .Noc na morzu ?. Lubię , ale nie. Omijamy morskie farmy tuńczyków /zamknięte dla żeglugi /. Decyzja – port BARBATE. 22,06 / wtorek / Miły poranek. Miasto. Port. Odświeżenie zapasów /choć zostało jeszcze kilka słoikow słynnej Maćkowej karkówki /. I cóż, powoli doliczamy się, że –by wrócić na czas do Portugalii / zgodnie z planem -w okolice Lagos / -trzeba zdecydować się na powrót. Samolot raczej nie poczeka ,a czas odlotu –jednoznaczny. Wlot do cieśniny Gibraltar – spowity mgłą. Gdzieś pomiędzy skałami Afryki i Europy , stoimy w zupełnej flaucie. Bądż co bądź, na Atlantyku , trochę to nas zaskoczyło. Do tego ten rozkołys. Czas na motor. Suniemy- słuchając naszego Diesla. Po drodze, jakiś żółw morski, któremu pewnie za mokro i za gorąco, pławi się na wznak, kołysząc na niewielkiej fali. A może się opala? Wieczorem jesteśmy jesteśmy CHIPIONA. Miła hiszpanka, szybko dokonuje rutynowej odprawy i po chwili żegna nas słowami „..see you tomorrow”. 23,06 / środa /. A tomorrow . Jak zawsze – spacery, zakupy, pamiątki. Tadeusz gubi swój portfel, który znajduje i oddaje jakis uczciwy Hiszpan /poznał go po zdjęciu w dowodzie /. Od teraz Tadek deklaruje kibicowanie w kolejnych meczach tylko Hiszpanii. Czas pokazał ,że skutecznie. No i komu ten kraj zawdzięcza zwycięztwo?. Więc? –po zimnym piwku. A potem –wypływamy. Wieczorem, o zmroku, u wejścia do portu MAZAGON –dopadają nas ”ludzie foki”. Okrąża nas jakaś nieoświetlona jednostka, nieco odchodzi , potem zrzuca ponton, i po chwili trzy uzbrojone po zęby ,ubrane na czarno postacie / antyterroryści? / - mamy na pokładzie. Błyskają latarkami, coś mówią przez UKF /po hiszpańsku/. Ponton z dwoma –wciąż kraży wokół jachtu, z portu wyholowywany jest wielki tankowiec. „Ryczy” na nas. Jeden „czarny”–zahacza się spluwą o zejściówkę .Sza-moce się. Trzeba palić motor ,zrzucać żagle ,wypatrywać mariny – a tu , jaja – jaja jak na weselu pod Kielcami. Potem sytuacja się normuje – kontrola dokumentów jachtu, załogi, protokół, krótka rozmowa /jeden nawet był w Gdańsku/ -i jak szybko się pojawili – tak szybko odpłynęli. 24,06 /czwartek /. Wypoczęci po wrażeniach ostatniego wieczoru , wyspani–znowu „kundlimy” się po mieście. Gdzieś na ulicy ratujemy życie jakiemuś kameleonowi. Przechodził przez jezdnię poza pasami , czyli w miejscu niedozwolonym, a na dodatek - nie zmienił barw i dał się zauważyć . Mandatu nie przyjął. Za karę / bez pytania o zgodę / - został obfotografowany, potem przepędzony. Robimy zakupy w markecie, gdyż złapanych wczoraj sardynek – nie da się bez reszty podzielić przez pięć. Pijemy TINTO / red and white /, około południa wychodzimy. Znowu Diesel. Upał jak cholera. Dziwny dźwięk, a potem awaria sprzęgła. Naprawa w ciasnej komorze silnika i 40 stopniowym skwarze. W końcu po zużyciu : 3 godzin pracy, 1 szt śruby M8/70, trochę nerwów i jednej szklanki wina – awarię usunięto. Znowu płyniemy na dieslu. Wieczorem Nawtex przysyła ostrzeżenie o sztormie do 7 stopni. Niby niewiele, ale po co kusić los, gdy niedaleko kilka pewnie ciekawych portów. Wybieramy AYAMONTE w ujściu rzeki Guadiana / granica Hiszpanii i Portugalii/. Znowu „załapujemy się na tym razem ustną kontrolę COAST GUARD. Formalność, ale mamy farta. Około północy, stajemy na kotwicy. Po jednej stronie kusi światłami AYAMONTE a po drugiej portugalskie SANTO ANTONIO. Obok jacyś Skandynawowie, jak my – wożą się wokół kotwicy na swoich łańcuchach.. Porty wewnątrz rzek może ładne, ale z bardzo zmienną głębokością ,od 1,5-do 6 m .To sprawa pływów ,więc lepiej być ostożnym i rozważać czas wejścia i opuszczenia portu. Niezależnie, w miejscach zlewania się wód rzeki z przybojem fali Atlantyciej –tworzą się swoiste bariery /wały wód i prądy /, które niełatwo pokonać przy użyciu silnika o przeciętnej mocy. 25,06/piątek/ Rano z wysoką wodą odpływu /ułatwia wyjście /- uciekamy z rzeki Guadiana. Znów bujamy się na fali, łapiemy sardynki, opalamy się /choć skora już „trzeszczy”/. W pobliżu Faro /stolicy regionu/ -„wyłuskujemy „ port OLHAO, również położony w korycie rzeki ,a dodatkowo na niskim zalewowym terenie, który raz jest przez odpływ odsłaniany, a za 6 godzin zupełnie zalewany. Płynąc /gdyby nie wyznaczony bojami farwater/ -zupełnie nie wiadomo , czy jesteś w korycie rzeki, czy w lądzie /albo czymś - co za kilka godzin, będzie lądem/. Lepiej być ostrożnym, o czym przypominają co jakiś czas wraki , bądź przystosowane do sztandrowania jednostki. I tak około 6 mil morskich. Na miejscu, okazuje się, że marina jest prywatna i nie przyjmuje żadnych jachtów. Dzięki uprzejmości poznanego instruktora żeglarstwa z grupy „LERN 2 SAIL” - warunkowo , możemy zostać , z zastrzeżeniem – „..o ile nie przyjdzie jednostka ze szkoleń „ .Wówczas nawet w środku nocy –musimy odpływać. Zgoda. 26,06/sobota/ Warto było zajrzeć do tego ciekawego portu. Noc przebiegła spokojnie. Z miasteczkiem o charakterze przeważnie –rybackim / z tymi zapachami, porannym gwarem portowym, targiem rybnym /-wiąże się ciekawa historia. Kiedy w czasie podbojów napoleońskich – król Portugalii, musiał skryć się w Brazylii i potem, gdy Napoleon został pobity pod Waterloo – grupa rybaków z OLHAO przepłynęła Atlantyk bez przyrządów nawigacyjnych i map , by móc obwieścić upadek dyktatora. W zamian miejscowość dostała prawa miejskie. No ,ale nieubłaganie zbliża się czas zakończenia naszej wędrówki Trzeba gdzieś bezpiecznie pozostawić jacht .Za tydzień popłynie Rafał. Wybieramy ALBUFERIA. Z Olhao, to tylko krótki kilkudziesięciu-milowy skok. Musimy jeszcze zainteresować się zorganizowaniem drogi powrotnej. Więc odpływamy , a po południu jesteśmy w tej nowoczesnej, kolorowo-landrynkowej marinie. Jak wszędzie – perfekcyjnie wykonana odprawa. Miło, uprzejmie, profesjonalnie. Wszystko jest do załatwienia. Po prostu –NO PROBLEM- jak mowi sympatyczna dziewczyna z obsługi. Do tego piękny, słoneczny dzień. Tadek jednak nie zgadza się z barmanką z pobliskiej tawerny, gdy Ona twierdzi, że jest to – cyt. ”..last day In Paradise”. Przecież jest wciąż tak wiele miejsc do odwiedzenia . Bez wątpienia - coś wymyślimy. Statystyka : Przeplynęliśmy - 429 Mm na zaglach - 93 h, na silniku - 31 h postoju w portach - 212 h Z żeglarskim : A HOJ !
.
|
|
|